Izolda umiera, „czeka na słowa ukochanego, które dałyby jej spokój i nadzieję, a on nie umie jej dać tych słów, ale czuwa. Nie ma jakiegoś fałszywego pocieszenia, ale jest jakoś szczery w swojej bezradności.”… Tak mówiła Julia Lizurek o swojej etiudzie, która nadała tytuł całości.
Jak spojrzeć prawdzie w oczy i w kreatywny sposób sprostać katastrofie, w której uczestniczymy? To pytanie Joanny Macy z jej książki pt „Aktywna nadzieja”. Macy pisze dużo o działaniu na pograniczu sztuki i aktywizmu, książka jest poświęcona różnorodnym postaciom odporności, rezyliencji, jaką musimy wypracować, w obliczu bardzo trudnych sytuacji egzystencjalnych. To zadanie na lata. Aktywistyczna ścieżka rozwija się spiralne, poprzez kolejne doświadczenia, dochodząc do spraw ostatecznych. Z nimi też musimy się skonfrontować.
Próbując pracować w podobnym kierunku, wybraliśmy wiersz Szymborskiej pt. „Humor i litość”, jako punkt wyjścia przed ostatnim sezonem warsztatów Innej Szkoły Teatralnej. Odbyły się rekordowo nawet cztery sesje robocze, związane z wyprawami wiejskimi i miejskimi, zimowego cyklu obrzędowego.
Wybrany wiersz określał bardzo szerokie ramy wyboru własnego materiału, do tworzenia indywidualnych etiud i scen zbiorowych. Wybór, w postaci znalezionych tekstów, snów, pomysłów, wizji odbywał się w przestrzeni skrajnych emocji, „od zachwytu do rozpaczy i od rozpaczy do zachwytu”. Taki jest zarazem i punkt dojścia.
A myśl, która się pojawia jako jedna z konkluzji prac sezonu, jest o tym, że zachowanie zdolności do zachwytu wydaje się warunkiem działania, kreatywności, gotowości do pomagania innym, inspirowania otoczenia pozytywną energią.
Nie jest łatwo tę zdolność trzymać przy życiu. Nie możemy przecież niczego udawać. Gdzie są nasze zasoby, jak czerpać siłę do przeżywania dobrych uczuć, manifestując nadzieję, tam gdzie jej brak?
Wacław Sobaszek
„Milczenie Tristana” wykonują: Zuzanna Dobrzańska, Anna Kopeć, Maria Legeżyńska, Julia Lizurek, Wojciech Marczak, Jan Mrázek, Erdmute Sobaszek, Wacław Sobaszek, Maria Zawadzka, Fabian Zeidlitz
inscenizacja : Wacław Sobaszek
Recenzja Anny Sadowskiej:
Milczenie Tristana. Spektakl o czułości wobec końca świata
19 lipca 2025 roku, podczas Festiwalu Wioska Teatralna, miałam okazję zobaczyć spektakl „Milczenie Tristana” Innej Szkoły Teatralnej Teatru Węgajty. To przedstawienie, które nie tyle opowiada historię, co zaprasza do wspólnego przeżywania – do kontemplacji, do zadania sobie pytań o sens tego, co społecznie teraz przeżywamy w czasie multikryzysu, do przebudzenia w obliczu świata, który się rozpada i widać to bardzo wyraźnie z perspektywy niewielkiej wsi Węgajty, równie wyraźnie jak z perspektywy wielkomiejskich narracji.
Czułam w tym spektaklu zbliżający się koniec świata, ale nie w sensie spektakularnej apokalipsy – raczej tej codziennej, cichej i coraz bardziej kłującej refleksji, która dzieje się w obliczu kryzysu klimatycznego, wojny, ludobójstwa, jałowienia Ziemi i duchowego wypalenia człowieka. Padają w nim słowa: „Przebacz nam, matko, wszystkie nasze grzechy, przecież my chcemy tylko z życia czerpać uciechy.” To ironiczne, ale też pełne bólu wyznanie, prowadzi mnie przed sąd moich własnych sensów, które kontrastują z kapitalistyczną wizją tego, co „powinnam” chcieć.
Formalnie spektakl jest prosty – scena jest pusta, czysta, oświetlona ciepłym światłem lub pogrążona w ciemności. Na niej pojawia się grupa ludzi, pojedynczy performerzy i performerki. Widzimy, jak każda postać prowadzi swoją ścieżkę, pozornie przystającą do wspólnej opowieści. Liderki i liderzy scen wspierani są przez innych, przez muzykę i obecność z drugiego planu. Nie ma linearnie prowadzonej opowieści. Kontrabas staje się trumną, a kondukt śpiewający – duchami na własnym pogrzebie. Idziemy na cmentarz, by „pokolędować dla martwych”. W tych obrazach jest coś absurdalnego, ale też głęboko ludzkiego – próba zachowania porządku w świecie, który sami doprowadzamy do „ostatecznego rozwiązania”. Performerzy kłócą się o treści pieśni: „czy do nieba, czy do diabła”, czy śpiewać tak, jak było zapisane w pieśni, czy można coś zmienić. Z jednej strony widzę tu zabobonny strach w odniesieniu do kogo składam te słowa, z drugiej – lubię te spory o tradycje, bo w nich zawsze zapisana jest walka o status, jak i o zmianę, bo tylko w wątpieniu i kwestionowaniu tradycja odzyskuje swoje znaczenie i ceruje swoje status quo.
Spektakl nie unika tematów trudnych: katastrofa klimatyczna, bliskość wojny w Ukrainie, marnowanie żywności, wykorzystywanie zwierząt. Subtelnie wprowadza wątki migracji, sugerujące sytuacje na granicy polsko-białoruskiej. Pojawia się scena jak z Kafki – urzędnik, który każe podać nazwisko, bo wszystko musi się zgadzać formalnie, nawet gdy toniemy. Wybrzmiewają kolejne mocne wezwania i statementy „Stań tu ze mną i planety broń”, „Ziemia tętni kopytami, gąsienicami czołgów”.
„W dniu dinozaura ogryzam paznokcie ze złudzeń (…) W dniu dinozaura myślę jak wyginąć” śpiewa Wacek, a ja myślę – „jak można zabawić się apokalipsą, jeśli nie piosenką?”. Może piosenka jest w stanie „coś” z nas ocalić.
Być może performerzy i performerki zapraszają mnie do przebudzenia się i rebelii, a może do ostatniego aktu docenienia tego, co mamy: „Wojny mijają, a życie w ziemi krążyć będzie zawsze”.
W kontraście do ciężaru tematu pojawia się opowieść o ludzkich oknach, przez jakie zaglądała bohaterka. Ta scena przywołuje we mnie myśl o budowaniu strategii na ciężkie czasy, której nie da się zmonetyzować, a mianowicie o przyjaźni. Kolejnym takim momentem jest szamańska historia z lotu ptaka o ewolucji człowieka i o tym, co daje mu poczucie wspólności i wolności.
W spektaklu pojawia się też osobista perspektywa – jedna z postaci pokazuje zdjęcie z tatą, a wiersz Haliny Poświatowskiej o Tristanie i Izoldzie wprowadza w przestrzeń intymności: „Kiedy Izolda umierała, Tristan pochylał się nad szpitalnym łóżkiem. Podawał oddech z ust własnych i piła Izolda życie z ust swojego kochanka.” To moment, który zawodzi mnie do fantazji o tym, że moja śmierć może mieć jeszcze jakiś sens, jeśli jest we mnie miłość, ale czy to może być aż tak proste? Wtedy zabiera mnie też baśń o króliku, opowiedziana przez Mutkę – o wytrwałości, o autentycznym głosie i o niezgodzie na uciszenie.
Na końcu aktorzy poruszają się razem, powoli, w mroku. Pada zdanie: „Zraniony osobnik swojego gatunku zrasta się z drugim.” Ten obraz zrastania – jakby każdy z nas był osobną raną i może odrodzić się tylko przy połączeniu z drugim człowiekiem – daje mi nadzieję.
„Milczenie Tristana” to spektakl, który nie daje odpowiedzi ani nie zawiera osądów, ale zaprasza do zadawania pytań. To teatr, który z czułością gładząc mnie po twarzy, tuż nad przepaścią mówi, że nie wszystko jeszcze jest stracone. Bo może właśnie w tym – w czułości, we wspólnym śpiewie, w opowieści – jest jeszcze jakaś nadzieja. Tam w środku lata i patrząc na tą grupę ludzi, w których jest tyle życia – jestem w stanie się zmierzyć z perspektywą końca i jednocześnie przyjąć zaproszenie do wspólnego czynienia dobra.